7.09.2015

Nie chcę mi się

Robią mi remont przed oknem: stary chodnik na kostkę brukową wymieniają.
Na widok przylepionego do drzwi ogłoszenia, że od poniedziałku zaczną się prace remontowe, pomyślałam sobie: „ale fajnie, wreszcie będę miała pod klatką równą powierzchnię na której moja walizka nie będzie gubić kółek!”.
W rzeczony poniedziałek, wracając zmęczona do domu, na widok dwóch panów siedzących na czterech płytach chodnikowych w popołudniowym słońcu (pokaźny piwny brzuszek jednego z nich pięknie odbijał promienie słoneczne), nagle uświadomiłam sobie, że to przecież jest Polska, polscy robotnicy i polska wspólnota mieszkaniowa.
Dwa tygodnie trwało zamienienie „mojego” chodnika w piaskownicę. Kolejne dwa zeszły nie wiem na czym, bo co powrót do domu, nie dostrzegałam żadnej różnicy: panowie zawsze siedzieli na tych ułożonych płytkach chodnikowych, mrużąc oczy do słońca.


Wiecie, to nie jest tak, że ja się nie lubię opierdalać. Wręcz przeciwnie, lubię bardzo: stracić cały błogi dzień na oglądaniu bzdurnego sitcomu, w którym wymuszony śmiech utajonej publiczności ma warunkować mój własny. Ale to są zawsze tylko chwile; może w porywach okresy, przerwy, albo tak zwane „resety”, ale nigdy nie kwintesencja mojego „bycia”. W ogólnym rozrachunku nienawidzę stagnacji i uwielbiam, gdy się dzieje, nawet jeśli to „dzianie się” kosztuje mnie niezliczoną liczbę komórek nerwowych i niekończące się wiązanki przekleństw. Serio, zapierdalanie zawsze przynosi mi o wiele więcej satysfakcji niż błogie opierdalanie się. Bez względu na to, jak bardzo narzekam.
Co zabawne, od wielu lat zwykłam nazywać siebie leniem. Zabawne, bo od czasu gdy się takowym mianowałam, poznałam już tak beznadziejnie leniwe przypadki, że przy nich moje rzekome lenistwo jest jak objaw ostrego ADHD.
Niby nie robię (i nie wymagam od innych) szczególnie wiele, ale ileż to razy słyszałam już to ostentacyjne westchnienie, gdy proponuję dłuższy spacer, rower, nowe miejsce na drugim końcu miasta, czy wschód słońca. Ileż razy dziwiono się, że chce mi się gdzieś iść, gdzieś jechać. I coś doświadczać. Generalnie, coś robić: czasem o pierwszej w nocy albo piątej nad ranem. No bo kto to widział!
A widzicie, dla mnie lenistwo (zapakowane często w to niewinnie brzmiące „opierdalanie się”) to jest taka niewinna przykrywka (lub zalążek) poważnej, życiowej bierności.
Bo lenistwo zawsze rozchodzi się o „nieistotne” drobiazgi.
Nie chce mi się dziś nigdzie iść, zostańmy w domu – ci ktoś oświadcza.
Myślisz sobie, spoko, mnie też się czasem nie chce, pójdziemy jutro.  
Ale potem, tak jakoś mimochodem, to „dziś” zamienia się w permanentne zawsze. I nagle (powiedzmy) budzisz się przy człowieku, któremu w gruncie rzeczy nie chce się nic: ani angażować, ani starać, ani doświadczać nowych rzeczy, ani już nawet patrzeć na ciebie. Taki, to się zadowoli byle czym i jeszcze ci zacznie wciskać, że wymyślasz, wyżej srasz niż dupę masz, i weź ty się wreszcie uspokój! No bo po co sobie życie utrudniać i iść na pizzę do tej restauracji, którą chciałaś sprawdzić, skoro można zostać w domu i zamówić telefonicznie?
Dla lenia nie ma żadnej różnicy, bo on wszelkie wyższe potrzeby już dawno (nieświadomie) zredukował do tych podstawowych: wyspać się, najeść i zaspokoić seksualnie. Ot, taki typowy Mietek* przed telewizorem, z pokaźnym bandziorem na wierzchu, wywalony w wielkim fotelu, z piwkiem w ręce i stopami wspartymi na pufce. Jasne, jak się coś ciekawszego przewinie przed tym jego fotelem, to sobie z przyjemnością popatrzy, skorzysta, ale żeby tak wstać i samemu po coś sięgnąć? Nie no, co wy, przecież to by go kosztowało za dużo wysiłku i niepotrzebnego stresu! On sobie woli poczekać (nieważne na co), niespiesznie popijając kolejne piwko.
I cały wic polega na tym, że ten dzisiejszy Mietek to może mieć na imię Marcel, i mieć piękne błękitne oczy, i zadbane dłonie, i nawet nienaganną garderobę, z dobrze płatną pracą w pakiecie. Ba, bardzo możliwe, że jego jedyną poważną wadą będzie tylko to, że mu się nie chce: żyć, doświadczać, angażować i rozwijać. Poza tym: człowiek bez skazy!
I nie wiem jak wam, ale ja takiemu mentalnemu Mietkowi z marszu mówię „nie, dziękuję”.
Bo widoku tych poczciwych panów prażących się na stosiku płyt chodnikowych, to ja już (po miesiącu) mam serdecznie dość – mieć takiego jednego na wyłączność przekracza granice mojej (jakby nie było bujnej) wyobraźni.  

*przepraszam ze tego Mietka, ale w tym przypadku o wiele wygodniej jest mi (jako kobiecie) narzekać na stereotyp leniwego faceta niż silić się na jakieś zuniwersalizowane ono.

[tekst nieco skrzyżowany z tym, co kiedyś – dawno temu – napisałam o pasji]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz