25.05.2015

Najpierw wycierp, potem doceń

Wiecie, co? Miarka się ostatecznie przebrała. Naprawdę rzygam już ludźmi, którzy pierdolą na prawo i lewo (bo inaczej się tego nazwać nie da), że żeby "prawdziwie" cieszyć się życiem, trzeba najpierw swoje wycierpieć. Tak samo jak każdym jednym, co zawzięcie twierdzi, że żeby "prawdziwie" pisać, trzeba być najpierw nieszczęśliwym. Przy czym, jasna sprawa, z racji moich osobistych pseudo-artystycznych zapędów Ci drudzy wkurwiają mnie bardziej.


Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, usiłuje się nam wmawiać, że osoby, które nie przeżyły (tudzież nie przeżywają) „prawdziwych” dramatów, nigdy nie będą w stanie dobrze pisać. Tak jakby to co najmniej odgórnie ustalone i jedyne dostępne kryterium było.
Jasne, bo monopol na pisanie ma tylko ten psychicznie losem zmaltretowany.
No kurwa, chociaż bardzo bym chciała, za cholerę nie jestem w stanie skumać tego bezsensownego gloryfikowania chujni. Jakby to co najmniej powód do dumy był, że masz ochotę sobie żyły ciąć. I dziwić się, że sobie potem taki „artysta” wmawia, że to w sumie dobrze, że jest tak chujowo, bo przynajmniej ten artyzm oknem i drzwiami mu nie ucieka. I się pławi w tej swojej beznadziejności bez opamiętania. Bo przecież twórcza jest.
Przepraszam bardzo, ale mi to śmierdzi zniekształconą formą usprawiedliwiania własnej żałości. Ja rozumiem, że niektórzy mogą tego potrzebować – może jak sobie całe życie wmawiasz, że jesteś gówno warty, to potem potrzebujesz zapewnienia, że przynajmniej to cierpiętnicze pisanie ci wychodzi. Ale jak staram się być osobą empatyczną, tak dziś moja empatia leży po stronie tych przeciętnych, którzy szczególnymi dramatami i depresyjnymi okresami pochwalić się nie mogą, a prawdziwie pisać i cieszyć się z życia bardzo by chcieli.
Bo to gadanie nie jest fair. I mądre raczej też nie.
To trochę tak jak z tą całą doktryną zatytułowaną „cierpienie uszlachetnia”: nie że się z nią nie zgadzam, ale wkurza mnie, że w znacznej większości ludzie biorą to cierpienie za jakąś wyższą konieczność i, jakby z poczucia obowiązku, sami do siebie nieszczęścia spraszają. I jeszcze je potem ochoczo dokarmiają. Bo przecież uszlachetnia.
Otóż jebnijcie się w łeb. Jeśli cokolwiek ma tutaj siłę uszlachetniania to mądre o cierpieniu myślenie, a nie cierpienie samo w sobie. Chujowe przypadki po ludziach chodzą, i to nie raz zdecydowanie częściej niż powinny, ale jak ktoś się zaczyna w tych swoich nieszczęściach z premedytacją pławić zamiast aktywnie szukać wyjścia, to coś jest bardzo nie halo. I to bynajmniej nie powinno nosić metki drogi do szczęścia bądź pisarskiego sukcesu.
Fajnie, że ludzie po przejściach opowiadają o tym jak przewartościowali swoje życie i zaczęli się z niego "prawdziwie" cieszyć. Ale bardzo niefajnie, gdy dają do zrozumienia, że znalezienie się na dnie jest do pełni szczęścia konieczne. Bo o ile niejednemu załamanemu może to pomóc wyjść z dołka, tak tego przeciętnego (i jeszcze podatnego na wpływy) do poszukiwania owej beznadziei zdaje się wręcz zachęcać.
Fajnie, że pisanie stanowi swoistego rodzaju terapię dla pokrzywdzonych, ale na litość boską, dlaczego to oni mają mieć monopol na bycie „prawdziwymi”? Jeśli już coś musi determinować prawdziwego – czy raczej wiarygodnego – pisarza, to raczej szczególna (nad)wrażliwość. Bo przecież to ona pozwala odczuwać całym sobą, to ona wpycha ci długopis, pędzel, ołówek, czy inne narzędzie do ręki. I niech to właśnie ona, a nie gloryfikowane cierpienie, smutek czy permanentna depresja, będzie kluczem do szczęścia i sukcesu.
Bo ta (nad)wrażliwość, na całe nasze szczęście, ma tyle samo wspólnego z nieszczęściem, co ze szczęściem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz