Stosunek do latania mam raczej ambiwalentny: z jednej strony zawsze mnie to stresuje, a z drugiej strasznie jara. Zresztą moje doświadczenia w tej sferze trochę przypominają te z kolejkami górskimi i koncertami: na samym początku przeszłam taki chrzest bojowy, że nic już nie jest mi szczególnie straszne. Bo wierzcie: podczas mojej podróży z Nowego Jorku do Chicago, rozklekotanym, małym samolotem American Airlines, przez samo epicentrum burzy, modliłam się już (!) tylko o szybką i w miarę bezbolesną śmierć – byłam pewna, że nie dolecimy.
A od pamiętnego, przełomowego roku 2008, startowałam i lądowałam na pokładzie samolotu już 20 razy. Co oczywiście oznacza, że mam własną, krótką listę problematycznych / irytujących / stresujących zjawisk i zachowań na pokładzie samolotu. I, o dziwo, nie ma wśród nich turbulencji.







